Kategorie: Wszystkie | Filologia klasyczna | Historia | Inne | Średniowiecze
RSS
piątek, 01 lutego 2013
Dekalog naukowy...

...czyli jak pisać tak, by nie dało się tego czytać. Krótki poradnik dla początkujących.

1. Jeśli jesteś zainteresowany ogólnie pojętą humanistyką (ale nie tylko), ten przewodnik jest dla Ciebie.

2. Publikuj. Wszędzie, ile się da, byle jak. Nie zwracaj uwagi na błędy ortograficzne, literówki, stylistykę, przejrzystość wypowiedzi - przecież masz do powiedzenia Ważne Rzeczy, a liczy się przecież treść, nie forma, prawda?

3. Pisz spontanicznie, bez cienia refleksji, od niechcenia. Pisz, co Ci ślina na język przyniesie. Taki geniusz jak Ty nie musi się starać.

4. Nie czytaj tego, co napisałeś. Nigdy. Przenigdy. 

5. To oczywiste, że jesteś ekspertem w każdej dziedzinie, nawet w tych, o których istnieniu jak dotąd nie miałeś pojęcia.

6. Gdy ktoś Cię krytykuje, on jest głupi. Gdy Ty kogoś krytykujesz, on jest głupi.

7. Tytuł ma na celu zainteresować szeroką publiczność, nie musi więc w żaden sposób odnosić się do treści. Przecież to takie oryginalne... zatytułować opowieść o początku wiosny "A idź mi stąd", a traktat o rozmnażaniu się dżdżownic - "Taka miłość", podręcznik do mechatroniki - "Tytaniczny wysiłek".

8. Znajdź sobie grono Wiernych Czytelników. Tylko oni potrafią zrozumieć Twój geniusz.

9. Publikuj te same artykuły/posty/komentarze wielokrotnie. Gdy ktoś natknie się na nie po raz setny, ba, tysięczny, to nawet największy sceptyk uzna, że Masz Rację.

10. ...

 

Miało być dziesięć, ale chwilowo brak mi pomysłu na ostatni punkt "dekalogu". Jakieś sugestie?

czwartek, 24 stycznia 2013
Uniwerysytety, czyli dlaczego średniowiecze wcale nie było ciemne

Z zamiarem napisania kilku słów na temat średniowiecznych uniwersytetów nosiłam się długo, bo temat ciekawy, a jednak narosło wokół niego wiele niedomówień i "prawd oczywistych", które po dokładniejszym zbadaniu wcale prawdami nie są. Nieraz spotykałam się z przekonaniem, że uniwersytety powstały w starożytności (grono osób uważających, że wszystko, co zasługuje na szacunek powstało w starożytności jest wbrew pozorom całkiem pokaźne), że taka Akademia Platońska czy Likejon Arystotelesa były w gruncie rzeczy uniwersytetami. Niestety, nie były.

Od klasycznych szkół świata antycznego, w których nauczanie było z założenia jak najbardziej wszechstronne, by wychowanek szkoły mógł po ich ukończeniu zająć się z powodzeniem czymkolwiek, do wyspecjalizowanej i utylitarnie pojmowanej edukacji na uniwersytecie średniowiecznym daleka droga. Na wzór starożytnych szkół funkcjonowały w średniowieczu najpierw szkoły monastyczne, skupione na badaniu, przepisywaniu dziedzictwa klasycznego - oczywiście z akcentem na księgi święte, ale nie tylko - a następnie szkoły parafialne, w których uczniowie przechodzili kurs czytania i pisania, uczyli się gramatyki, retoryki i dialektyki (tzw. trivium). Istniały również szkoły o bardziej wyspecjalizowanym profilu, takie jak Bec, Flaury, Salermo, Monte Cassino i Chartres, w jakich gromadzili się uczniowie skupieni najczęściej wokół postaci jakiegoś wybitnego uczonego. Były to jednak ośrodki o stosunkowo małych rozmiarach, a ich znaczenie wzrastało lub malało w zależności od osoby mistrza.

Zmiana nastąpiła dopiero w XII w. wraz z pojawieniem się pewnej grupy społecznej: inteligencji. Byli to wszelkiego rodzaju urzędnicy, pisarze, prywatni nauczyciele, mistrzowie, którzy gromadzili wokół siebie rzesze uczniów. Jako grupa dość zróżnicowana wewnętrznie, wyróżniali się spośród reszty społeczeństwa głównie tym, że ich praca zarobkowa opierała się przede wszystkim na pracy umysłowej. Ten nagły trend do zdobywania i dzielenia się wiedzą był ściśle związany z rozwojem miast. Wykształcenie stało się cennym towarem, który znacznie ułatwiał zrobienie kariery np. jako radca miejski czy urzędnik państwowy.

Wyżej opisane szkoły miały jednak wciąż charakter nieformalny: uczniowie byli związani ze swoim mistrzem, a nie konkretnym miejscem, a gdy mistrz postanowił przenieść się do innego ośrodka miejskiego, uczniowie przenosili się wraz z nim. Zdarzało się, że w jednym mieści działało kilka takich "prywatnych" szkół jednocześnie. Wobec takiego nagromadzenia uczących i nauczanych w jednym miejscu, sytuacja wymusiła poszukiwanie pewnej formy współpracy między mistrzami, by znaleźć odpowiednią formę organizacji studiów tak, by żadna ze stron nie była pokrzywdzona. W ten sposób zrodziła się korporacja nauczających i nauczanych, zwana powszechnie uniwersytetem (Universitas docentium et scholarium).

Pierwszym uniwersytetem we właściwym znaczeniu tego słowa była Bolonia. Powstał on w 1158 r., skupiając przede wszystkim studentów prawa rzymskiego i kościelnego. Studentów wiązała z profesorami umowa o nauczanie, zaś na czele takiej korporacji stał wybierany przez studentów rektor. Ze względu na grupy językowe studenci dzielili się na nacje. Uczyli się na czterech wydziałach: podstawowym i najliczniejszym Artes (zwanym również filozoficznym czy sztuk) oraz wyższych, bardziej specjalistycznych: prawa, medycyny i teologicznym. Bolonia wyznaczyła pewien model uniwersytetu, który stał się wzorcem dla wielu późniejszych ośrodków naukowych. Charakteryzował się przede wszystkim przewagą osób świeckich wśród studentów, pewną swobodą życia prywatnego (studenci mieszkali w hospicjach), niezależnością od władz kościelnych, a także fakt opłacania profesorów przez miasto lub też przez samych studentów. Zdecydowanie największą popularnością cieszył się wydział prawa, zaś poza wydziałem sztuk pozostałe wydziały nie miały większego znaczenia.

Drugi model wyznacza o wiek młodszy od Bolonii uniwersytet w Paryżu (1257 r.). Słynął on przede wszystkim z nauczania teologii oraz filozofii, o wiele mniejszą rolę ogrywały wydział prawa i medycyny. Odsetek studiujących i wykładających osób duchownych był o wiele wyższy niż na uniwersytetach typu bolońskiego, a głównym źródłem finansowania wykładów były beneficja kościelne. Na studentów i wykładowców nałożono obowiązek wspólnego mieszkania w bursach i kolegiach, gdzie panowały zasady przypominające regułę klasztorną, a samo nauczanie na uniwersytecie było kontrolowane przez władza kościelne, szczególnie papieża. Rektora wybierano jedynie spośród profesorów, znacznie zmniejszono też wpływ studentów na wybór władz uniwersyteckich.

Istniał również trzeci model uniwersytecki wzorowany na Uniwersytecie w Neapolu (1224 r.), który nie przyjął się jednak powszechnie w Europie. Było to swoiste getto wyłącznie dla studiujących i mistrzów finansowane ze szkatuły władcy, w którym panowała kontrola władz zarówno pod względem nauczanych treści jak i życia prywatnego.

Tak w krótkim zarysie wyglądały początki uniwersytetów średniowiecznych. O tym, w jaki sposób prowadzono zajęcia oraz jakie dzieła omawiano, napiszę innym razem.

środa, 23 stycznia 2013
Kraków dawniej

Całkiem niedawno, będąc w Krakowie, zaopatrzyłam się w dwie pozycje wydawnictwa Avalon traktujące o dziejach tego miasta. Były to "Studenci Uniwersytetu Krakowskiego w późnym średniowieczu" Krzysztofa Borody oraz "Cracovia Mediaevalis" Jerzego Wyrozumskiego. Obie wydano w 2010 r., mają podobne rozmiary (400-500 stron) zbliżoną szatę graficzną i format.

Nie czekając długo, zabrałam się za pozycję, która wydawała mi się nieco ogólniejsza, o charakterze wstępu, a mianowicie za "Cracovię...". Zachwyciłam się pierwszym rozdziałem, bo w końcu doczekałam się książki, której autor prócz ogólnego zarysu dziejów, które mniej więcej zna każdy, okraszał tekst licznymi ciekawostkami. Rozdziałów jest 33 i w założeniu każdy ma traktować o innym aspekcie dziejów średniowiecznego Krakowa.

Po entuzjastycznym przyjęciu pierwszego rozdziału, podczas czytania kilku kolejnych mina nieco mi zrzedła, ponieważ wspomniane ciekawostki zaczęły się coraz częściej powtarzać, tracąc wiele ze swego pierwotnego uroku. Opis żelaznego skarbu z ulicy Kanonicznej 13, akcentowanie pierwszeństwa biskupa krakowskiego po arcybiskupie gnieźnieńskim, faktu chrystianizacji terenów Małopolski i Śląska prawdopodobnie za czasów czeskich (a więc przed "oficjalnym" chrztem Polski), w tym opowieść o "księciu na Wiślech", który urągał chrześcijanom z "Żywotu św. Metodego" czy każdorazowe przytaczanie groźby cesarza Henryka V, że jeśli Bolesław Krzywousty nie spełni jego żądań, może go rychło oczekiwać w krakowskiej siedzibie to tylko niektóre informacje, które Wyrozumski powtarza do znudzenia. Do znudzenia, dodam, oznacza co najmniej występowanie w co drugim eseju. Tym samym czytelnik ma ciągłe wrażenie "ale to już było", co nuży i irytuje zarazem.

Książka "Cracovia Mediaevalis" jako całość rozczarowuje: jako zbiór artykułów o zbyt, moim zdaniem, zbliżonej tematyce i treści, nie nadaje się do czytania od deski do deski. Pewną przyjemność sprawia jedynie zaglądanie do tej pozycji raz na jakiś czas, by przeczytać jeden, góra dwa artykuły, odłożyć i znów wybiórczo przestudiować pewien fragment.

Z pewną dozą nieufności podeszłam do drugiej pozycji z serii wydanej przez Avalon. Zupełnie niesłusznie. "Studenci Uniwersytetu Krakowskiego w późnym średniowieczu" to istna uczta dla historyka. Boroda omawia, jak funkcjonował Uniwersytet Krakowski w latach 1400-1508, podając informacje na temat pochodzenia terytorialnego i społecznego studentów, omawia miejsca, w których mieszkali studenci podczas pobytu w Krakowie, które dzieła i jak długo omawiali, analizuje wydatki związane z podjęciem i kontynuacją studiów. Podziw wzbudza ogrom pracy na źródłach (dokumentacji uczelni, ale nie tylko), którą udało się przekazać w tak przystępnej formie. Przejrzysty tok wykładu, posiłkowanie się licznymi tabelami oraz wykresami sprawiają, że polecam "Studentów..." większości znajomych zainteresowanych średniowieczem.

Nie polecam jej jedynie osobom, które zbyt dobrze znają łacinę, by przeboleć nad wyraz liczne błędy w zapisie tytułów: "De ente et essentia" Tomasza z Akwinu (nie: "De ante et essencia"), "Physica" Arystotelesa (nie: "Phisica"), "De anima" Arystotelesa (nie: "De animae"), "De caelo" (nie: "De coelo") itp. Filozofów mediewistów z kolei będą razić inne niedociągnięcia: "Ars vetus", "Logica nova" oraz "Parva naturalia" Arystotelesa nie są traktatami, lecz zbiorami obejmującymi kilka traktatów. Na "Ars Vetus" składa się prócz "Kategorii" i "Hermeneutyki" Arystotelesa również "Isagoga" Porfiriusza, więc mówienie "Ars Vetus" Arystotelesa jest pewnym nadużyciem.

W ogólnym wydźwięku błędy te drażnią, ale nie dyskwalifikują książki jako cennego źródła informacji na temat Uniwersytetu Krakowskiego i jego studentów w późnym średniowieczu. Mam nadzieję, że wyżej wymienione błędy można złożyć na karb pierwszego wydania i w kolejnych zostaną one poprawione.

czwartek, 03 stycznia 2013
Średniowieczna Europa wychodzenie z mroku

Mając okazję i niespodziewany nadmiar wolnego czasu spowodowanego chorobą, zabrałam się za przeglądanie filmów popularnonaukowych poświęconych tematyce średniowiecza. Na pierwszy ogień poszła "Średniowieczna Europa wychodzenie z mroku", seria, która swego czasu zagościła w telewizyjnej Dwójce. Niestety, dotarłam do niej za pośrednictwem internetu, w jakości pozostawiającej wiele do życzenia. Ale od początku.

Zamysł cyklu jest niezwykle prosty: składa się na nią osiem odcinków, z czego każde kolejne dwa przedstawiają w zarysie dzieje, kulturę, problemy i osiągnięcia jednej z czterech klas średniowiecznego społeczeństwa. Tak więc pierwsze dwa odcinki poświęcone zostały rycerstwu (oraz pośrednio wyprawom krzyżowym), kolejne dwa - duchowieństwu (i herezjom), następne - chłopstwu, zaś dwa ostatnie - mieszczaństwu (i budownictwu). Każdy taki mini-cykl ma głównego bohatera, niezbyt skomplikowaną fabułę, wokół której skupia się opowieść o epoce. Daje to duże możliwości przechodzenia od jednego zagadnienia do drugiego, gdyż wspomniane postacie są wiecznie w ruchu. Wędrowny rycerz wyrusza na wyprawę ze swym seniorem w celu nawracania pogan, mnich udaje się w drogę, ponieważ zlecono mu odzyskanie zniszczonej księgi, pielgrzymuje też do grobu św. Jakuba i Rzymu, kuglarz wędruje za chlebem, kartograf jeździ w misjach dyplomatycznych oraz handlowych.

Pierwsze, co nasuwa mi się po obejrzeniu wszystkich ośmiu odcinków to wrażenie, że byłyby one doskonałym uzupełnieniem nauki historii w podstawówce czy gimnazjum. Wspomniana konwencja sprawia, że trudno się znudzić, a jednocześnie merytoryczna narracja oraz możliwość zobaczenia niejako na własne oczy jak wyglądały stroje, zbroje, w jaki sposób konstruowano budynki czy podróżowano niesie wiele informacji, jakie trudno przekazać na lekcji mając do dyspozycji jedynie podręcznik. Z drugiej strony dorosłemu widzowi fabuła wyda się banalna, część merytoryczna co najwyżej odświeży stan wiedzy ze szkoły średniej. Prócz kilku ciekawostek, takich jak historia globusa, seria okazała się dla mnie jedynie miłą bajką o średniowieczu. Z tego powodu dziwię się, gdy ktoś wpisuje wspomnianą serię w poczet filmów dokumentalnych. Jest to typowa produkcja popularnonaukowa, z wszystkimi plusami i minusami tego typu produkcji.

wtorek, 25 grudnia 2012
Długie średniowiecze

Pierwszy wpis o tematyce średniowiecza będzie poświęcony przede wszystkim krótkiemu omówieniu ram czasowych, a także rozprawieniu się z kilkoma mitami dotyczącymi tej niezwykle ciekawej, a jednak niezbyt popularnej epoki.

Kiedy zaczęło się średniowiecze, jak długo trwało? W jaki sposób różniło się od poprzedzającej je starożytności i następującego po nim renesansu?

Zaglądając do któregokolwiek z podręczników historii, spotykamy informację dotyczącą czasu trwania średniowiecza: rok 476 (datę instytucjonalnego upadku Cesarstwa Rzymskiego) uznaje się za początek średniowiecza, zaś rok 1453 (zdobycie Konstantynopola przez Turków) lub 1492 (nieuświadomione odkrycie Ameryki przez Krzysztofa Kolumba) za datę kończącą wspomniany okres. I pomimo niewątpliwej przydatności prób wyznaczenia dat granicznych dla nauczania historii w szkole, takie ujęcie wprowadza więcej zamętu niż porządku.

Po pierwsze, czego chyba nie trzeba nikomu specjalnie dowodzić, przejście z jednej epoki do drugiej nie odbywa się na przestrzeni roku ani nawet kilku lat. To długi okres, liczony w dziesiątkach lat, czasem nawet w setkach, obfitujący w mniejsze lub większe zmiany, które w końcu doprowadzają do zmian na tyle dużych, by mówić o nowej epoce.

Po drugie, na różnych polach ludzkiej działalności - w polityce, ekonomii, socjologii, nauce czy sztuce - zmiany występują w różnym natężeniu i nieraz tam, gdzie w literaturze pojawia się całkiem nowa jakość, na gruncie, przykładowo, polityki, wszystko funkcjonuje według starego, uświęconego tradycją porządku. Tym samym trudno mówić o średniowieczu jako pewnej zamkniętej całości, możemy za to mówić o średniowieczu w sztuce, polityce czy nauce.

Można jednak przyjąć, że średniowiecze jako takie (dla wszystkich dziedzin życia) trwało mniej więcej od V-VI w. do wieku... właśnie... trudno powiedzieć, którego. Wszystko zależy od przyjętych założeń. Najprościej można zaobserwować przejście z średniowiecza do renesansu na gruncie sztuk plastycznych i architektury: wystarczy rzut oka i odróżniamy tak charakterystyczne dla średniowiecza porządki romański i gotycki od świadomych nawiązań do architektury antycznej w renesansie. Problem rodzi się dopiero w przypadku innych dziedzin życia - polityki i nauki. Możemy wyodrębnić grupę wydarzeń o znaczeniu politycznym, które wskazują na ewolucję sposobu rządzenia czy powiększanie się zasięgu terytorialnego, możemy opisywać wynalazki XV-wieczne czy nowe koncepcje naukowe, jednak nie miały one charakteru determinującego nowy porządek. Mówiąc inaczej: w ponad tysiącletniej historii średniowiecza można odnaleźć wiele momentów o podobnym natężeniu wysiłku intelektualnego społeczeństwa, by mówić o przełomie - renesans wieku XVI był więc jednym z wieku, a nie jedynym renesansem.

Jacques Le Goff w swoim "Długim średniowieczu" stwierdza, że średniowiecze w wielu sferach życia, w mentalności ludzkiej czy gospodarce, można mówić o długim, bo trwającym do XVIII w. średniowieczu - do tego czasu utrzymywały się pewne skostniałe formy mentalności czy borykano się z tymi samymi problemami gospodarczymi (m.in. klęskami głodu), zaś dopiero Wielka Rewolucja Francuska i rewolucja przemysłowa w Anglii stanowiły cezurę pomiędzy średniowieczem a nowożytnością w Europie. Myślę, że takie ujęcie problemu jest częściowo uzasadnione, a przede wszystkim zwraca uwagę na to, że w historii o wiele trudniej wytyczyć granice w procesach o naturze ewolucyjnym niż dysponując "ostrymi krawędziami" rewolucji.

Osobiście przyjmuję więc ramy czasowe średniowiecza w takim układzie, w jakim pojawiają się najczęściej w podręcznikach historii (czyli V-XV w.), pamiętając jednak o wszystkich przytoczonych zastrzeżeniach. Tym samym mniej więcej tego okresu dotyczyć będą wpisy na tym blogu (z małymi, uzasadnionymi odstępstwami).

Z uwagi na długość notatki, o tym, dlaczego średniowiecze nazywamy średniowieczem oraz o postrzeganiu tej epoki przez historyków i badaczy różnych aspektów tej epoki na przestrzeni kolejnych wieków napiszę kolejnym razem.

niedziela, 23 grudnia 2012
Czas na zmiany

Jakiś czas temu postanowiłam zrobić sobie krótką przerwę od tworzenia nowych wpisów na blogu, a chwila - jak to chwile mają w zwyczaju - przedłużała się w nieskończoność. Miały na to wpływ dwa zasadnicze czynniki: po pierwsze kłopoty natury organizacyjnej, po drugie znaczące przesunięcie akcentów w obrębie moich zainteresowań naukowych. Problemy natury organizacyjnej ograniczają się do niemalże kompletnego zaniku czasu wolnego spowodowanego równoczesnymi studiami doktoranckimi na filozofii i studiami II stopnia na filologii klasycznej. 

Starożytność z kolei zeszła na plan dalszy, ustępując miejsca mojej fascynacji epoką późniejszą - średniowieczem. W związku z tym na blogu, prócz standardowych tłumaczeń tekstów klasycznych, pojawią się również teksty średniowieczne, nieco historii, ciekawostki, i - co będzie chyba największą zmianą - krótkie recenzje książek poświęconych średniowieczu oraz starożytności, z którymi miałam okazję się zapoznać. 

piątek, 16 kwietnia 2010
O wszechwładnej sile miłości, czyli Amores 1.1.

Po raz kolejny przekonałam się, że nie taka poezja straszna jak ją malują polonistki na lekcjach języka polskiego. Szczególny urok mają utwory, które tłumaczy się żmłudnie, rozważając tysiące kombinacji gramatycznych i znaczeń, a jednak rzadko kiedy bywam zadowolona z ostatecznego wyniku. Na studiach rozpoczyna się Wielki Okres Tłumaczenia Owidiusza. Nieco żałuję, że robimy to, kładąc nacisk raczej na ilość niż na jakość prezentowanych tłumaczeń. Wiem za to, że do niektórych z owidiuszowych "Amores" powrócę z pewnością - potrzeba jedynie czasu... tak, czasu - produktu deficytowego od jakiegoś... roku?

 

arma gravi numero violentaque bella parabam
edere, materia conveniente modis.
par erat inferior versus; risisse Cupido
dicitur atque unum surripuisse pedem.
“Quis tibi, saeve puer, dedit hoc in carmina iuris?
Pieridum vates, non tua turba sumus.
quid, si praeripiat flavae Venus arma Minervae,
ventilet accensas flava Minerva fces?
quis probet in silvis Cererem regnare iugosis,
lege pharetratae Virginis arva coli?
crinibus insignem quis acuta cuspide Phoebum
instruat, Aoniam Marte movente lyram?
sunt tibi magna, puer, nimiumque potentia regna;
cur opus adfectas, ambitiose, novum?
an, quod ubique, tuum est? tua sunt Heliconia tempe?
vix etiam Phoebo iam lyra tuta sua est?
cum bene surrexit versu nova pagina primo,
attenuat nervos proximus ille meos;
nec mihi materia est numeris levioribus apta,
aut puer aut longas compta puella comas.”
questus eram, pharetra cum protinus ille soluta
legit in exitium spicula facta meum,
lunavitque genu sinuosum fortiter arcum,
“quod” que “canas, vates, accipe” dixit “opus!”
me miserum! certas habuit puer ille sagittas.
uror, et in vacuo pectore regnat Amor.
sex mihi surgat opus numeris, in quinque residat:
ferrea cum vestris bella valete modis!
cingere litoreā flaventia tempora myrto,
Musa per undenos emodulanda pedes!

***



Próbowałem heksametrem opiewać bitwy i wojny okrutne,

w sposób odpowiedni do wybranej tematyki.

Drugi wers dorównywał długością pierwszemu -

ponoć zaśmiał się Kupidyn, a przy tym podkradł jedną stopę.

"Któż ci, okrutny chłopcze, dał władzę układania wierszy?

Jesteśmy wieszczami Muz, a nie twoimi podwładnymi.

A jeśli Wenus wytrąciłaby broń z rąk jasnowłosej Minerwie,

a jasnowłosa Minerwa wymachiwałaby jaśniejącymi pochodniami?

Kto by dopuścił, żeby w lasach górzystych władała Cerera,

a z kolei pola były uprawiane zgodnie z prawem Diany noszącej kołczan?

Któż by zaostrzoną dzidę wręczył Apollonowi o gęstej czuprynie,

podczas gdy Mars trącałby aońską lirę?

Władasz wielkimi i aż nazbyt potężnymi siłami, chłopcze,

dlaczego, w swej żądzy sławy, podejmujesz się kolejnego zadania?

Czy, wszystko dookoła należy do ciebie? Twe są Helikonu stoki?

Czy już nawet Apollo winien obawiać się o swoją lirę?

Gdy nowa karta dobrze rozpoczęta została od pierwszego wersu,

ten to sprawia, że struny pobrzmiewają wyższym tonem.

Ani, moim zdaniem, tematyka nie jest odpowiednia do zbyt lekkiego metrum,

ani chłopca ani dziewczęcia o długich, starannie uczesanych warkoczach."

Narzekałem, a gdy tamten kołczan opróżniwszy,

wyjął strzały powstałe na mą zgubę

i mocno napiął łuk zakrzywiony na kolanie,

i [rzekł]: "to opiewaj, wieszczu! Przyjmij zlecenie!"

O ja nieszczęsny! Chłopiec ów miał celne strzały.

Płonę, a Amor panuje w sercu lekkim.

Na sześć mi stóp wznosi okop, na pięć się wycofuje:

wy zaś okrutne wojny sławcie na waszą modłę!

Muzo, obyś w złocistym metrum nadbrzeżnego mirtu,

przez stóp jedenaście śpiewnie opiewana była!

piątek, 02 kwietnia 2010
Mentalne ADHD

Zabawne uczucie, po raz kolejny tracić kontrolę nad moim poukładanym aż do bólu, opartym wyłącznie na zasadach logiki światem, móc odczuwać całą sobą to, jak wali się w gruzy, łudząc się, że zdołam cudem wyjść cało z tej katastrofy. Ilekroć w moim życiu pojawiają się uczucia, rodzi się we mnie - całkiem uzasadnione zresztą - przerażenie. Uczucia zwiastują katastrofę. Zawsze.

Z wszystkich sił walczę z tym, co zaczyna się we mnie rodzić, z tym dziwnym nastrojem, który sprawia, że nie potrafię skupić się na jednej czynności przez dłużej niż kilka minut. Takie mentalne ADHD. Czytam, piszę, tłumaczę, biegnę na korepetycje, uczelnia, pisanie pracy magisterskiej. Zaczynam, zabieram się od razu do roboty i... rzucam wszystkim w kąt, szukając innego zajęcia. Taki stan rzeczy mnie drażni, irytuje, sprawia, że nie potrafię wytrzymać sama ze sobą.

czwartek, 25 marca 2010
Rozstania

Ten przedziwny wiersz autorstwa Propercjusza (III 25 - "Risus eram positis...") w pierwszej chwili przypominał mi erupcję wulkanu emocji. Emocji zmiennych, gwałtownych - jak to bywa przy rozstaniu z ukochaną osobą. Smutek, żal, złość, gniew, chęć zemsty... listę można byłoby rozszerzyć o kilka innych odczuć, ale po co? Encyklopedyczny wywód nigdy nie zastąpi poezji, więc... do dzieła: tłumaczenie, a właściwie luźną parafrazę czas zacząć!


Risus eram positis inter convivia mensis,

et de me poterat quilibet esse loquax.

quinque tibi potui servire fideliter annos:

ungue meam morso saepe querere fidem.

nil moveor lacrimis: ista sum captus ab arte;

semper ab insidiis, Cynthia, flere soles.

flebo ego discedens, sed fletum iniuria vincit:

tu bene conveniens non sinis ire iugum.

limina iam nostris valeant lacrimantia verbis,

nec tamen irata ianua fracta manu.

at te celatis aetas gravis urgeat annis,

et veniat formae ruga sinistra tuae!

vellere tum cupias albos a stirpe capillos,

iam speculo rugas increpitante tibi,

exclusa inque vicem fastus patiare superbos,

et quae fecisti facta queraris anus!

has tibi fatalis cecinit mea pagina diras:

eventum formae disce timere tuae!

***


Zostałem wyśmiany przez współbiesiadników przy zastawionych stołach

i kto tylko miał ochotę, mógł rozgłaszać plotki na mój temat.

Przez pięć lat byłem w stanie służyć ci wiernie:

choć rzucasz się mnie z pazurami, często narzekasz na moją niewierność.

Łzy nie odnoszą skutku: tym podstępem zostałem zwiedziony;

zawsze, Cyntio, zwykłaś ronić łzy nad swymi własnymi intrygami.

Opuszczając cię zapłaczę, lecz miejsc żalu zajmie gniew:

z twojej to winy nie idziemy w jednym jarzmie zgodnym krokiem.

Już zapłakane progi niech pożegnają się z naszymi słowami,

a wyłamane drzwi - z (ciosami) rozwścieczonych rąk.

Niech upływ czasu da ci się boleśnie odczuć, chociaż ukrywasz (swój) wiek,

a zmarszczka niech skazi twą urodę.

Wówczas chociażbyś zapragnęła rwać siwe włosy z głowy,

już samo spojrzenie w lustro przypomni ci o zmarszczkach.

I z kolei ty, osamotniona starucha, doznasz pogardy i pychy,

jakie sama okazywałaś - pożałujesz swych czynów!

Takie to klątwy rzucił na ciebie mój złowrogi utwór:

zacznij drżeć na myśl o tym, co stanie się z twoją urodą!

środa, 24 marca 2010
Pytania bez odpowiedzi.

Greka i łacina nie żyją - zmarły ze starości, nikt ich nie zabił, pogrzeb odbył się w niemal zupełnej ciszy w obecności niewielu świadków. Może ktoś w zaciszu domu westchnął, zatroskany, ktoś inny uronił łzę... a jednak na ogół przyjmowano tę wieść ze stoickim spokojem, ba, może nawet uczuciem ulgi? Przeszłość odeszła niby nielubiana ciotka. Został po niej pokaźny spadek - i jak to zwykle bywa - niewielką część schedy uznano za użyteczną, większość - za zbędny balast.

Półki w bibliotekach uginają się od książek, których nikt nie czyta. Oryginalne teksty, tłumaczenia, monografie, opisy - pieczołowicie przechowywane dla potomności, nie wiadomo właściwie dlaczego, skoro już nawet w nas nie wywołują zainteresowania. Zdaję sobie sprawę, że nieco przesadzam. Zdarzają się przecież jednostki, które ulegają tej przedziwnej fascynacji, niezbyt zrozumiałej w dzisiejszych czasach, które uczą się języków martwych, sporo czytają. Wyjątki te występują bardzo, bardzo rzadko. I dlatego książki w bibliotekach i czytelniach pokrywa zazwyczaj gruba warstwa kurzu.

Pamiętam, jak wyglądały lekcje języka polskiego w podstawówce, gimnazjum, liceum. Czytamy. Interpretujemy. Czytamy. Notujemy. Czytamy. Interpretujemy. Czytamy... oraz kolejna interpretacja. Uczymy się, jak należy poprawnie rozkładać utwór literacki na czynniki pierwsze, wyjaśniać, oswajać. Lingwistyczna sekcja zwłok. Nikt nie zadawał sobie wówczas trudu refleksji nad celem tych działań. Wystarczało przekonanie, że są one warunkiem przejścia do kolejnej klasy. Jeśli nie będziemy znali literatury pięknej, osiągniemy niskie wyniki na egzaminie gimnazjalnym, nie zdamy matury, nie dostaniemy się na studia - straszono. W przypadku większości moich znajomych na ostatnim etapie nauki, na uczelniach wyższych, zrodziło się przekonanie, że czytanie czegokolwiek poza specjalistycznymi podręcznikami oraz notatkami z wykładów to strata czasu. Nie  wydaje mi się, żeby brak ambitniejszych lektur ich unieszczęśliwiał. Wręcz przeciwnie - zdają się być całkiem zadowoleni z takiego obrotu spraw.

A historia? Historia traktuje o tym, co wydarzyło się dawniej.

W szkole podczas zajęć poświęconych nauce historii, a właściwie wpajaniu  nam pewnej wizji historii, nauczyciele starali się wzbudzić przekonanie, że historii uczymy się po to, aby nie popełniać błędów z przeszłości. Ta dość romantyczna propozycja była niezwykle kusząca, bowiem zdawała się nadawać sens dziedzinie, która była go pozbawiona niemal z definicji. "Historia kołem się toczy", powtarzano do znudzenia. Głos zdrowego rozsądku podpowiadał jednak, że jest to - być może - trafne spostrzeżenie, o ile narysujemy figurę na kartce i zaczniemy się jej przyglądać z pewnej odległości. Do powyższego wniosku nie dojdziemy jednak, stojąc twardo w pewnym punkcie na obwodzie tego koła. Gdyby to było proste równanie matematyczne... a jednak dawne rozwiązania okazują się nieskuteczne, ponieważ mimo pewnego podobieństwa, musimy przyznać, że istnieją również istotne różnice pomiędzy tym, co było dawniej i tym, co dzieje się dzisiaj. Pod tym względem można śmiało rzec, że wróżenie z kart i nauka historii są równie przydatne, ponieważ pozwalają ludziom wierzyć, że ich przewidywania się sprawdzą.

Historia miała pełnić ponoć jeszcze inne, równie dyskusyjne zadanie: miała pomóc nam zrozumieć, kim jesteśmy oraz ukazać wpływ wydarzeń z przeszłości na wydarzenia aktualne. Nie przeczę, że pewne wydarzenia miały i nadal istotny wpływ na sprawy teraźniejsze, ale bez przesady: nikt chyba nie jest na tyle naiwny, by przyczyn brutalnego zachowania pseudokibiców na śląskich stadionach dopatrywać się w niepowodzeniach w tym czy innym powstaniu czy, pogrążając się jeszcze bardziej w odmętach historii, upatrywać przyczyn tego zjawiska w potopie szwedzkim, zabójstwie Juliusza Cezara czy wyprawach Aleksandra Wielkiego.

Po co w ogóle mielibyśmy oglądać się za siebie? Przecież liczy się to, co przed nami... Rodzi się coraz więcej wątpliwości, coraz więcej pytań, które wymagają odpowiedzi. Odpowiedzi istotnych, bo nadających sens temu, co robię.

 
1 , 2